Poniżej znajduje sie artykuł napisany przez Macieja Wiśniowskiego
dla tygodnika “NIE”,
został zamieszczony za zgodą redakcji.
Jest w nim doskonale pokazana mentalność ministra sprawiedliwości IV
RP..
Proszę
zwrócić uwagę na rozumowanie Ziobry oraz wysuwane przez
jego osobę wnioski. Odmowa sprzedaży marihuany ma świadczyć o tym, iż
chciano mu ją dać za darmo w zamiarze uzależnienia jego osoby..
przyznam że 'wymiękłem' gdy przeczytałem ten fragment. I taki człowiek publicznie na konferencjach wydaje osądy!
Na stronie Zbigniewa Z. można
znaleźć fragment wypowiedzi Leszka Millera: “Pan jest zerem,
panie pośle” wraz z fragmentem riposty ministra w
której oświadcza on że prawda bywa bolesna. Sluchając tego można odnieść wrażenie że minister mówi prawdę. Nagranie te a raczej jego sprytnie wyciety fragment sprawia, że słuchacz jest pod wrażeniem jego niezwyklej walki o "sprawiedliwość". Czego dowodem są komentarze np na forach internetowych, w rodzaju "i kto teraz zerem Panie Miller?". To pokazuje jak tego rodzaju sztuczki 'socjotechniczne' wpływają na 'ciemny lud'.
Też wierzyłem
wcześniej w układy, w spiski, w mafie SLD itd. dopiero po wyborach
otworzyły mi sie oczy gdy wzrastała fala znieważeń, pomówień
kierowanych pod adresem
wybitnych naukowców, adwokatów,
sędziów w zamiarze zdyskredytowania ich przed opinią
publiczną po to aby wyborcy wyrazili wole zmian niektórych
ustaw oraz nie zwracali uwagi na ostrzeżenia tych osób.
Przygody ministra opisane w poniższym artykule
powinny wzbudzić u czytelnika pytanie, ile w raporcie w sprawie Rywina
napisanym przez Ziobro jest prawdy. Czy jak stwierdził Leszek Miller
komentując słowa skierowane do Ziobro, prawdą jest że
“Jedynym dowodem, który posiada, jest jego
dowód osobisty.”?.
Leszek Miller dnia 30 września
2004 roku stwierdził: “Mój problem polega na tym,
że ja uważam pana posła Ziobro za zdolnego człowieka... tylko niestety
zdolnego do wszystkiego” .
Po wysunięciu
wniosków proszę o skomentowanie na forum (DEBATA) w dziale
opinii o ministrze. Logować się nie trzeba.
zapraszam do lektury ...
“Jak
hartowało się Ziobro”
Poseł Ziobro z PiS. Prawnik. Były
wiceminister sprawiedliwości przy Kaczyńskim w rządzie Buzka. Członek
komisji śledczej badającej aferę Rywina i autor przyjętego przez Sejm
jej raportu końcowego. Typowany na ministra sprawiedliwości -
prokuratora generalnego w przyszłym rządzie PO-PiS. Historia o tym, jak
ów Ziobro czynił sprawiedliwość.
Wpadli do akademika
o szóstej rano. Wywlekli Marka K. z łóżka,
rzucili na glebę. Jego kolegów też. Marek K. nie
mówił nic, bo trudno coś gadać, skoro mordę ma się wbitą w
podłogę. Nawet nie gestykulował; ręce miał skute za plecami. Dopiero w
komisariacie przy ul. Królewskiej dowiedział się, o co idzie.
- Pisało się, co? - zapytał z ojcowską troską oficer. Marek nie
wiedział, co się pisało. Okazało się, że pisał anonimy, w
których żądał okupu i groził śmiercią swemu koledze
Zbigniewowi Ziobrze. Marek K. oświadczył, że nigdy nie pisał niczego do
Ziobry. No to skonfrontowano obu panów. Ziobro
mówił krótko, ale smacznie: W swych zeznaniach i
zawiadomieniu o przestępstwie powiedziałem, że podejrzewam go jako
jednego ze sprawców anonimów, uważam tak nadal i
jestem w pełni przekonany, że to on, K., wraz z G. są sprawcami
anonimów żądających złożenia okupu kierowanych pod moim
adresem. (...) z rozmów przeprowadzonych z nimi tak
wywnioskowałem i utwierdziłem się w tych przekonaniach. Marek K.
niewiele miał na to do powiedzenia: Uważam, że pokrzywdzony Ziobro
Zbigniew ma zmiany w mózgu. To wszystko, co mam do
powiedzenia w tej sprawie. Z anonimami nie mam nic wspólnego.
Taki jest środek opowieści o
latach młodzieńczych Zbigniewa Ziobry, dziś prominentnego posła PiS
typowanego na przyszłego ministra sprawiedliwości. A początek?
W 1993 r. Zbyszek Ziobro był
studentem prawa niczym szczególnym się nie
wyróżniającym. Od lutego 1993 r. na adres mieszkania, w
którym mieszkał, zaczęły przychodzić anonimy brzydko
wyrażające się o nim i jego tatusiu, w PRL prominentnym działaczu PZPR
w Krynicy. Potem w anonimach zaczęły pojawiać się żądania pieniędzy,
przy czym wysokość kwot była różna - od 800 zł do 10 tys.
zł. Ziobro nie dał się zastraszyć wcale a wcale. Poczekał do grudnia i
wówczas złożył doniesienie o popełnieniu przestępstwa. I nie
ot, tak. On przyniósł policji sprawców na
talerzu, żeby się gliny nie utrudziły za bardzo.
Jeden ze sprawców to jego serdeczny przyjaciel ze szkolnej ławki w
szkole średniej, który jakiś czas mieszkał u Zbyszka; drugi
to też kumpel. (...) straciłem do Jarosława zaufanie - zeznał Ziobro -
gdy oddał mi klucze do mieszkania i domofonu i jak stwierdziłem, klucz
od domofonu nie był ten, który sobie dorabiał. Uważałem od
tego czasu stracił u mnie zaufanie i z mojej strony byłem do niego
wewnętrznie mocno sceptycznie nastawiony (pisownia oryginalna z
protokołu policyjnego). W gruncie rzeczy wewnętrznie sceptycznie
nastawiony do Jarosława Ziobro nastawiony był już wcześniej, bo - jak
zeznał na rozprawie - nie odpowiadała mi jego postawa wobec życia, jego
poglądów. Ja znając charakter Jarka podałem mu nieprawdziwą
przyczynę konieczności opuszczenia mojego domu. Marek K. także nie miał
słusznych poglądów: według oskarżonego ważne było to, aby
używać życia nawet kosztem innych. Gdy więc Zbigniew Ziobro zaczął
dostawać anonimy i głuche telefony, nie musiał daleko szukać, bo od
razu wiedział, kto jest sprawcą tych ohydnych uczynków.
Oczywiście, mógł to zgłosić od razu na policję, ale tego nie
uczynił. Dlaczego? Nie zgłaszałem tego na policję i dlatego, że nie
miałem zaufania do policji obawiałem się że podejdą do tego rutynowo.
Chciałem się przeciwstawić w sposób aktywny do działania
sprawców. (...) Od lipca do grudnia nie składałem
zawiadomienia gdyż uważałem, że nie jestem raczej zagrożony,
dopóki nie pojawią się konkretne żądania. Troszkę to
nielogiczne, że nie czuł się zagrożony, choć grożono mu śmiercią, a
prawdziwym zagrożeniem stały się dopiero żądania pieniędzy.
Biegły grafolog Antoni Feluś w
swojej ekspertyzie nie miał wątpliwości. Anonimy były pisane przez
Marka K. Sąd Rejonowy w Krakowie skazał więc Marka K. na rok
pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata. Wyrok został orzeczony
stosunkiem głosów 2:1. Jeden z ławników zgłosił
votum separatum.
Marek K., wciąż nie
przyznający się do winy, złożył apelację żądając innej ekspertyzy. Sąd
przychylił się do prośby. Kolejna ekspertyza zrobiona w Instytucie
Ekspertyz Sądowych w Krakowie przyniosła odmienne wnioski: Uzyskane
wyniki badań dają podstawę do stwierdzenia, że zakwestionowane rękopisy
(...) prawdopodobnie nie zostały nakreślone przez Marka K. I sąd
okręgowy skierował ponownie sprawę do sądu rejonowego, który
uniewinnił oskarżonego. Stało to w jaskrawej sprzeczności z
przekonaniem Zbigniewa Ziobry, że to Marek K. był sukinsynem,
który pisał anonimy. Nim zapadł wyrok na rozprawie rzucił na
szalę ostateczne argumenty. Zażądał, by sąd jako dowód
dopuścił taśmy magnetofonowe z nagrań rozmów Zbigniewa
Ziobry z oskarżonym i jego kolegami. Jakich rozmów?
Otóż okazało się, że od momentu kiedy Zbigniew Ziobro nabrał
przekonania, że Marek K., Jarosław G. i jego koledzy to zdegenerowane
moralnie i poglądowo jednostki, wziął trud przygotowania
dowodów w swoje ręce. Przez kilka miesięcy nagrywał ich z
ukrytego magnetofonu. Próbował kupić od nich narkotyki, aby
było jasne, że parają się dilerką. Odmowa sprzedaży miała świadczyć o
tym, że chcą mu dać skręta marychy za darmo po to, by się uzależnił.
Nagrywał rozmowy w pokojach akademika i na imprezach, gdzie był
zapraszany przez kolegów uważających go za kumpla. Pokazywał
im wyciągi z konta bankowego po to, by później w sądzie
powiedzieć, że oskarżony doskonale orientował się w jego sytuacji
finansowej. Mówiąc krótko próbował ich
wypuścić stosując zwykłą cuchnącą prowokację. Bo on przecież wiedział,
kto jest winny. Reszta nieważna. Gdy sąd odrzucił wniosek o
przesłuchanie taśm, o których Ziobro przypomniał sobie po
trzech latach, ten wskazał dowód mający doprowadzić do
zwrotu w rozprawie. Powołał na świadka swojego młodszego brata,
który oświadczył, że rozpoznaje na pewno, iż głos
oskarżonego jest tym samym głosem, który usłyszał w
telefonie. Sąd zadał tylko jedno pytanie: jakim cudem może rozpoznać
głos oskarżonego, skoro Marek K. na rozprawie nie odezwał się do tej
pory ani jednym słowem, a wcześniej młody Ziobro nie znał oskarżonego?
Ziobro natychmiast
złożył odwołanie od wyroku. Sąd okręgowy (wówczas
wojewódzki) wyrok uniewinniający utrzymał w mocy. Koniec?
Nie, przecież Ziobro wie na sto procent, kto jest winien. Składa
kasację do Sądu Najwyższego. W 2000 r. Sąd Najwyższy nie odmawia
wiceministrowi sprawiedliwości, którym był wtedy Zbigniew
Ziobro. Wiceminister, który sam znalazł sprawców
i doniósł na nich na policję, ogarnięty jest słusznym
gniewem, budzi respekt. Sąd Najwyższy uchylił zatem wszystkie
dotychczasowe wyroki i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia z
sugestią, by wykonano trzecią, ostateczną ekspertyzę.
Trzecia, rozstrzygająca ekspertyza, została wykonana przez Centralne
Laboratorium Kryminalistyczne w Warszawie przy użyciu
najnowocześniejszych metod naukowych. Kosztowała 53 tys. zł.
Opracowanie to kilkusetstronicowa księga, kategorycznie wykluczająca
autorstwo Marka K. W marcu 2003 r., po 10 latach rozpraw, Marek K.
pomówiony przez Zbigniewa Ziobrę został ostatecznie
uniewinniony. Wyrok jest prawomocny.
Przez 10 długich lat trwała
sądowa epopeja, bo jeden facet ubzdurał sobie we łbie i uparł się, że
zna sprawcę. Tego przekonania nie były w stanie zmienić żadne
ustalenia. Wiara Zbigniewa Ziobry w to, że ma monopol na prawdę, była
tak niezachwiana, że nie zdołały jej zmienić żadne dowody i wyroki.
Tylko swojemu uporowi Marek K. może zawdzięczać, że
pomówienia Ziobry nie złamały mu życia. Do dziś nie wie,
jakim cudem nie relegowano go z uczelni po pierwszym skazującym wyroku.
Przekonanie Ziobry o winie wskazanego przez niego człowieka dopuszczało
prowokację, nielegalne nagrywanie i przedstawianie świadków,
których zeznania były warte funta kłaków. Ta
zaciętość i poczucie Ziobry, że ma dar wyczuwania
winowajców, nie byłyby skazą wartą uwagi, gdyby Zbigniew
Ziobro był przeciętnym pracownikiem urzędu gminy. Ale cała sprawa
dotyczy prominentnego polityka dość ważnej partii mającej i prawo, i
sprawiedliwość w nazwie. Człowieka, który jeśli wszystko źle
pójdzie, może być ministrem i prokuratorem generalnym
odpowiadającym za sprawiedliwość w całym państwie. To już teraz poseł,
członek komisji śledczej, autor raportu, w którym
jednoznacznie i kategorycznie wskazuje winnych i żąda ich przykładnego
ukarania. To były wiceminister, który z wyżyn urzędu ścigał
kolegę z młodości. Zimno się robi ze strachu. Ostrzegamy!
PS Redakcja prosi o zgłoszenie
się osoby, która była rzeczywistym autorem opisywanych
anonimów. Może się nie obawiać. Przestępstwo to już uległo
przedawnieniu.
(mała korekta z mojej strony, rozmowy w których sie bierze
udział mozna nagrywać wbrew woli i bez wiedzy rozmowcy, co nie zmienia
faktu że zachował sie jak judasz)