Dnia 17 września roku 2007 w programie „Teraz My” Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny tzw. IV RP wybitny prawnik magister prawa (średnia 3,84) Zbigniew Ziobro przy zastosowaniu technik nabytych na podyplomowych studiach homiletyki przy krakowskiej Papieskiej Akademii Teologicznej na których uczył się sztuki kaznodziejstwa, stwierdził iż jest człowiekiem który szanuje każdą osobę.
...... minął się z prawdą...
Cofnijmy się do dnia 25 listopada 2005 roku. Godzina po 18.50, telewizja Polsat program wydarzenia. Omawiany był w tym czasie pomysł pogorszenia warunków więźniów poprzez upchanie większej ich ilości w celach bo jak argumentował nasz wielki mistrz, dlaczego więzień ma mieć lepsze warunki niż przeciętny Kowalski którego nie stać na wiele rzeczy. Usiłując przekonać widzów do swego pomysłu, poprzez wyzbycie się u nich pewnych naturalnych wątpliwości wypowiedział jak dla mnie szokujące zdanie „nie oszukujmy się, nikt przecież za niewinność w więzieniu nie siedzi”, szokujące, ponieważ jako minister i zarazem prokurator generalny chcąc nie chcąc MUSI mieć świadomość że fakty są inne gdyż ma dostęp do porażających statystyk.......
Oto jak one wyglądają. (zródło: czasopismo „Fakty i Mity)
Za „niewątpliwie niesłuszne” tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie w ostatnich latach zasądzono (czyli udowodnione przed sądem przez poniżonego człowieka co się udaje nielicznym, bo jak maja udowodnić skoro nie rzadko jedynym dowodem jest samo oskarżenie, poparte np. okazaniem które przecież nie dowodzi winy a jedynie temu ze rzekomy pokrzywdzony wie kogo chce wskazać) :
2002 rok : 1,27 miliona zł odszkodowania na rzecz 108 osób,
2003 rok : 2,63 miliona zł odszkodowania na rzec z 160 osób,
2004 rok : 3,84 miliona zł odszkodowania na rzecz 231 osób,
2005 rok : 5,08 miliona zł odszkodowania na rzecz 261 osób,
Zaś w I półroczu 2006 roku – 2,56 miliona zł odszkodowania na rzecz 155 osób.
Jak się oficjalnie dowiedzieliśmy (pismo Fakty i Mity) bilans odszkodowań za cały rok ubiegły przekroczy 6 miliona zł dla około 340 osób.
Jak podaje pismo, - i co jest logiczne dla choć trochę myślącego człowieka – zdaniem wybitnego znawcy problemu profesora Andrzeja Rzeplińskiego z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka corocznie skazuje się około 2 tysiące niewinnych osób !!! Część z tych wyroków jest uchylana przez sądy apelacyjne, ale wcześniej 300-400 osób odsiedzi swoje w areszcie, z reguły ponad rok !!!
Zbigniew Ziobro człowiek rzekomo wrażliwy na ludzką krzywdę, w przeciągu tego kilkusekundowego wystąpienia opluł setki tragedii ludzkich… w tym na fałszywie oskarżonego o zabójstwo na tle seksualnym chłopca, Tomasza Kułaczewskiego gwałconego przez współwięźniów w zakładzie karnym, a także na Witosława Gołębiewskiego niesłusznie skazanego za zgwałcenie w kościele dziewczynki, któremu wybito w areszcie wszystkie zęby. Minister usiłował wmówić za pomocą środków masowego przekazu, że horror który przeżyły te osoby jest fikcją. Czy takie postępowanie nakazują mu nauki Papieża, na które się tak często powołuje?
Polecam wszystkim wywiad z Januszem Kaczmarkiem, który ukazał się w numerze 33/2007 tygodnika Newsweek. Twierdzi on w nim (a ja mu wierze, bo nigdy nie miał tendencji do insynuacji, co mi zawsze imponowało u niego mimo iż należał do tej ‘sitwy’) że Ziobro dla poklasku oskarżył człowieka (doktora G.) o morderstwo, czyli – co taki człowiek musi mieć we łbie!- byłby w stanie niewinnego człowieka dla własnych korzyści pozbawić nawet DOŻYWOTNIO wolności! (co by było gdyby obowiązywała kara śmierci …) Cytuje:
Kaczmarek: „(…) Wszyscy byliśmy zgodni: korupcja jest ewidentna. Wtedy Ziobro powiedział, że korupcja spowszedniała, musi być cos ekstra i można sprawę zbadać na okoliczność zabójstwa przez G. jednego z pacjentów.”
Dziennikarz: „Po operacji G. zostawił tampon w ciele pacjenta. Chodziło o wykazanie, że nie tylko zrobił to świadomie, ale wiedział, iż to doprowadzi do śmierci.”
Kaczmarek:„Ale mógł to być także błąd w sztuce lekarskiej. Ja uważałem, że należy przesłuchać biegłych. Sam zobowiązałem się porozmawiać z ministrem Religą. Profesor powiedział mi, że pozostawienie tamponu nie oznacza bezpośredniego zagrożenia dla życia. Przekazałem to Ziobrze.”
Wczoraj w „Teraz My” Ziobro twierdził iż błagano doktora by wyjął tampon, ten celowo tego nie zrobił. Czyli sugerował, że chciał zabić tego pacjenta a zostawienie tamponu jednoznacznie by do tego doprowadziło. Czyli bezczelnie publicznie kłamał wykorzystując swój cholernie wzbudzający zaufanie wizerunek (nie autorytet, bo wśród osób znających prawo, ten Pan uchodzi za delikatnie mówiąc osobę słabo znającą temat) i piękną mowę której się nauczył na studiach o których napisałem na wstępie.
Chciałbym rozpocząć na stronie nowy cykl pod tytułem „Jestem niewinny”, w którym zamieszczać będę historie osób niewinnie oskarżonych czy skazanych, historie opisane w różnych pismach (za zgodą redaktorów naczelnych itp.)
Chcę to zrobić, aby pobudzić u ludzi wyobraźnię, i żeby następny populista – jakim jest z pewnością Zbigniew Ziobro - bał się w tak bezczelny sposób kłamać w obawie przed słownym i słusznym zresztą, linczem!
Zacząć chciałbym od artykułu „Wypijmy za błędy” Anny Tarczyńskiej zamieszczonego w wspomnianym już wcześniej piśmie „Fakty i Mity”, każdy następny będzie oznaczony jako „Jestem niewinny cz. (i tu numer kolejny)”.
Zapraszam do lektury:
Wypijmy za błędy...
Minister Zbigniew Ziobro, uprzedzając orzeczenie sądu, nie zawahał się oskarżyć publicznie znanego lekarza o zabójstwo i mocą swojego urzędu przesądzić o jego winie. Wiele nie ryzykował, bo przecież za pomyłki oberprokuratora i jego podwładnych płacą inni...
Do wsadzenia człowieka za kratki na ogół wystarczy, by prokuratura stwierdziła, że tak trzeba, bo podejrzany drań nie przyznaje się do „wysoce prawdopodobnej” winy, co niewątpliwie oznacza chęć matactwa. Sąd najczęściej rzecz przyklepuje (90,1 proc. przypadków w I półroczu 2006 roku), bo przecież nie jest Duchem Świętym, żeby wiedzieć, kim naprawdę jest obywatel doprowadzony przed jego oblicze. Prokurator – mając już wróbla w garści – może spokojnie zająć się pilniejszymi sprawami. Także sędzia zatwierdzający areszt wie, że gdyby nawet zamknął niewinnego, włos Temidzie za to z głowy nie spadnie:
„Na przestrzeni roku 2004 nie ujawniono żadnego przypadku, który uzasadniałby wdrożenie postępowania dyscyplinarnego wobec prokuratorów w związku z kierowaniem wniosków w przedmiocie stosowania tymczasowego aresztowania lub wydania decyzji o zatrzymaniu. Podobnie (...) nie odnotowano prowadzenia wobec sędziów postępowań dyscyplinarnych, których przedmiotem byłyby przypadki stosowania niewątpliwie niesłusznych tymczasowych aresztowań” – informował Sejm w lipcu 2005 r. ówczesny prokurator krajowy Karol Napierski.
O ile nam wiadomo, również w latach 2005–2006 żadnego prokuratora czy sędziego nie spotkała jakakolwiek dolegliwość wynikająca ze zbyt pochopnej decyzji o aresztowaniu...
Za pomyłki Temidy słono płacą podatnicy. Jeszcze więcej kosztują one tych, których niesłusznie wtrącono do więzienia, odbierając przy okazji dobre imię, zdrowie, pracę, perspektywy na przyszłość, a częstokroć również rodzinę...
„Oceniam, że w Polsce skazuje się rocznie ok. 2 tys. niewinnych. Część z tych wyroków jest uchylana przez sądy apelacyjne, ale wcześniej 300–400 osób odsiedzi swoje w areszcie. Z reguły ponad rok” – twierdzi wybitny znawca problemu profesor Andrzej Rzepliński z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Nie wszyscy oczyszczeni z zarzutów ubiegają się o odszkodowanie, bo do tego trzeba mieć nie tylko świadomość prawną, ale przede wszystkim czas, zdrowie i... pieniądze na wieloletnie procesowanie się z państwem. Oto za „niewątpliwie niesłuszne” tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie, w ostatnich latach zasądzono: 2002 r. – 1,27 mln zł odszkodowania na rzecz 108 osób, 2003 r.
– 2,63 mln zł (160 osób), w 2004 r.
– 3,84 mln zł (231 osób), w 2005 r.
– 5,08 mln zł (261 osób), zaś tylko w I półroczu 2006 r. – 2,56 mln zł (155 osób). Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, bilans odszkodowań za cały rok ubiegły przekroczy 6 mln zł dla około 340 osób.
Skoro my wszyscy płacimy, to chyba warto wiedzieć za co? Przykładowo:
* Jarosław N. (mąż, ojciec dwóch synów) przesiedział w areszcie pół roku, zanim został uwolniony od postawionego przez gdańską Prokuraturę Rejonową zarzutu zgwałcenia 3,5-letniego dziecka w jednym z przedszkoli. Śledczy nie mieli żadnego poważnego dowodu, a podejrzany wręcz przeciwnie – dysponował „żelaznym” alibi. Za kratami zgotowano mu prawdziwe piekło, bo pedofile są – powiedzmy eufemistycznie – najniższą kategorią w hierarchii więziennej. W pierwszej instancji zasądzono na rzecz Jarosława N. 28 tys. zł odszkodowania. Kilkanaście dni temu Sąd Apelacyjny w Gdańsku prawomocnie orzekł, że 60 tys. zł będzie w sam raz;
* Pod koniec listopada 2006 r. funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zatrzymali na polecenie prokuratury znanego zielonogórskiego adwokata Włodzimierza Sawickiego. Postawiono mu zarzut płatnej protekcji, a sędzia Monika Matuszewska z Sądu Rejonowego w Katowicach orzekła 2-miesięczny areszt. Mecenas wyszedł po 40 dniach, gdy rozpatrujący zażalenie sąd drugiej instancji nie znalazł cienia powodu do pozbawienia prawnika wolności.
Z akt sprawy jednoznacznie wynika, że... Sawickiego wzięto za kogo innego. Adwokat zapowiada powództwo o 200 tys. zł odszkodowania;
* Bracia Paweł i Piotr O. spędzili rok w areszcie, podejrzani o napad na sklep i postrzelenie policjanta, bo pies tropiący doprowadził funkcjonariuszy do miejscowości, w której przebywali u swoich dziewczyn, a biegli... pomylili się, znajdując na rękach młodzieńców nieistniejące ślady prochu. Bracia zostali uniewinnieni, a Sąd Okręgowy w Poznaniu przyznał im po 73 tys. zł rekompensaty;
* Witosław Gołembski z Leszna (ojciec pięciorga dzieci), niesłusznie skazany za gwałt na 10-letniej dziewczynce, dostał od Skarbu Państwa na otarcie łez 120 tys. złotych. Mimo kompromitujących błędów popełnionych w śledztwie przez policję i prokuraturę (m.in. przy tzw. okazaniu i zabezpieczeniu śladów), mimo że żaden z włosów łonowych znalezionych na miejscu przestępstwa nie należał – jak wykazały badania DNA – do oskarżonego, Gołembski zainkasował wyrok 7 lat więzienia. Z piętnem pedofila odsiedział 20 miesięcy, zanim został definitywnie oczyszczony z zarzutów. W kryminale nie wychodził na spacery, a nawet do łaźni, żeby go nie zatłukli. Jego najbliżsi, choć pozostawali na wolności, dramatycznie wspominają momenty, kiedy musieli od czasu do czasu wyjść z domu;
* Sergiej I., rosyjski przedsiębiorca budowlany, kiblował w lubelskim areszcie 1,5 miesiąca, podejrzany o gwałt na polskiej studentce. Miał „twarde” alibi, jednak był trochę podobny do sprawcy, a nie można było upewnić się, jak bardzo jest podobny, gdyż pokrzywdzona akurat wyjechała za granicę i nie było jej pilno do kraju. Na domiar złego śledczy przeoczyli w zeznaniu kobiety kilka szczegółów, które ewidentnie eliminowały Sergieja I. z kręgu podejrzanych. Adwokat Rosjanina zapowiada powództwo o 2 mln dolarów, które firma jego klienta miała stracić podczas wymuszonej nieobecności właściciela;
* Wojciech S. i Grzegorz C. – barmani z Brzezia (woj. opolskie) – też mieli alibi, a mimo to spędzili za kratkami 7 miesięcy jako podejrzani o napad na taksówkarza. Wyszli na wolność, gdy podczas procesu (prokuratura żądała dla obu po 5 lat więzienia) okazało się, że świadek oskarżenia jest maniakalnym kłamcą, zaś policyjny laborant pomylił się w opisie badań DNA, mających rzekomo potwierdzać, że krew znaleziona w taksówce należy do Grzegorza C. Zniszczony psychicznie Wojciech S. już otrzymał 9 tys. zł rekompensaty za utratę pracy i 16 tys. za „szkody moralne”. Grzegorz C. walczy o 79 tys. zł!
69-letni Wacław Krasoski z Piaseczna (wieś nieopodal Łęcznej w województwie lubelskim) „pierdział w pasiaki” 3 lata i 27 dni. Sąd Okręgowy w Lublinie wymierzył mu karę 9 lat więzienia, co – uwzględniając dramatycznie zły stan zdrowia skazanego – było równoznaczne z dożywociem. Mimo braku jakichkolwiek wiarygodnych dowodów winy, Krasoskiego skazano za rzekome usiłowanie zabójstwa Mariana K.
– To był mój sąsiad. Znalazłem go w kałuży krwi. Rozbita głowa... Strasznie to wyglądało. Wezwałem pogotowie ratunkowe i policję. Udało się człowieka uratować i bardzo mi dziękował po wyjściu ze szpitala – wspomina pan Wacław.
Niestety, Marian K. nie miał bladego pojęcia, kto zaszedł go od tyłu i walnął siekierą...
– Najpierw zamknęli mnie na 48 godzin. Zrobili w domu rewizję, zabrali ubranie, wyskrobywali do badań brud zza paznokci, a jakiś oficer namawiał, żebym się koniecznie przyznał, to będę miał lepiej – opowiada Krasoski.
Nie chciał mieć lepiej i po przesłuchaniu w charakterze świadka wrócił do domu. Ale już wkrótce...
– Zamknęli mnie ponownie, bo Henryk G. z Kaniwoli (wielokrotnie karany – dop. red.) powiedział w prokuraturze, że zaraz po zwolnieniu z aresztu, zanim jeszcze dotarłem do Piaseczna, odwiedziłem go po drodze i chwaliłem się przy wódce, że to ja uderzyłem Mariana trzy razy w głowę siekierą.
Choć za Krasoskim – oprócz dziesiątków innych okoliczności – przemawiały zeznania kierowcy, który w czasie inkryminowanej rozmowy z Henrykiem G. odwoził go do domu i spędził z nim resztę dnia, prokuratura wniosła akt oskarżenia, a sąd I instancji nie miał wątpliwości: winien!
Jak już wspomnieliśmy, potrzeba było trzech lat i niespełna miesiąca, żeby Sąd Apelacyjny w Lublinie – nakazując zwolnienie skazanego – uchylił wyrok, cofając sprawę do ponownego rozpoznania. Powtórka z rozrywki skończyła się na jednej rozprawie, a prokuratura wspaniałomyślnie odstąpiła od zaskarżenia wyroku uniewinniającego Wacława Krasoskiego od zarzutu usiłowania zabójstwa. Żeby zaś nie latał z jęzorem po gazetach, dostał za „niesłuszne skazanie” 150 tys. zł odszkodowania...
„Czy zawsze można naprawić pomyłkę sądową? (...). W pewnym momencie możliwość naprawienia kończy się – albo na skutek upływu terminu, albo na skutek wyczerpania wszystkich instancji. Ja zdaję sobie sprawę, że to może brzmieć okrutnie, ale w pewnym momencie nie ma już prawnych możliwości naprawienia niesłusznego orzeczenia” – powiedział Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego Lech Gardocki, na posiedzeniu Senatu RP w czerwcu 2006 roku.
To rzeczywiście brzmi okrutnie...
W lutym 2006 r. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu utrzymał w mocy wyrok jeleniogórskiego Sądu Okręgowego (sygn. akt III K 7/05), skazujący Stanisława Kuneckiego na karę 10 lat pozbawienia wolności za zabójstwo. Uporczywie nieprzyznający się do winy człowiek siedzi w więzieniu w Strzelinie (woj. dolnośląskie) i jedyną jego nadzieją jest kasacja, oczekująca na rozpatrzenie przez SN.
Zainteresowaliśmy się sprawą Kuneckiego, zaintrygowani wyjątkowo niskim – jak na przypisane mu przestępstwo zabójstwa – wyrokiem, wydanym w czasach, gdy minimum 25 lat jest standardem. Czyżby sąd miał wątpliwości, że skazuje faktycznego sprawcę?
– Nim przeszłam do adwokatury, przez 18 lat byłam sędzią karnym. Jestem przekonana, że nigdy nie ośmieliłabym się skazać człowieka na podstawie tak słabego materiału dowodowego – zapewnia „FiM” mecenas Małgorzata Gruszecka, obrończyni Kuneckiego.
Dla przykładu:
* choć miejsce zbrodni wręcz spływało krwią, na ubraniu skazanego oraz jego ciele nie stwierdzono żadnych jej śladów;
* papierosów, których niedopałki zabezpieczono w mieszkaniu denata, z pewnością nie palił ani Kunecki, ani jego rzekoma ofiara, jak wykazały badania DNA. Nie do Kuneckiego należała również krew, której ślady znaleziono na klatce schodowej.
I tak dalej, i tym podobne...